Poniedziałek, 26 września 2016. Imieniny Cypriana, Justyny, Łucji

Mławianin opowiada o swoim 11-letnim życiu w Szkocji

2015-09-01 13:23:20 (ost. akt: 2015-09-01 13:24:57)

Autor zdjęcia: Archiwum prywatne

Podziel się:

- Na początku mojego pobytu nie można było spotkać na ulicy nikogo mówiącego po polsku. Dziś – po 11 latach nie ma miejsca w mieście gdzie nie było by słychać naszego języka ojczystego – mówi Marcin Karol. Podkreśla, że w Szkocji spotkał się z zupełnie inną od polskiej mentalnością.

Robert Bartosewicz
r.bartosewicz@kuriermlawski.pl

Na wyjazd zdecydował się w 2004 r. Wówczas miał 25lat. Wtedy Polska weszła do struktur Unii Europejskiej, co wielu naszym rodakom pozwoliło na szukanie pracy i lepszego zarobku poza granicami ojczyzny. Marcin Karol, rodowity mławianin, najpierw chciał wyjechać „na próbę” - może na pół roku - i zobaczyć, co przyniesie życie. Wówczas bardzo słabo znał język angielski, co było jednym z powodów, dla których nie myślał o stałym opuszczeniu Polski. - Nie wybrałem Anglii, bo w tym czasie to miejsce na wyjazd do pracy było zbyt „oklepane”, a jednocześnie zatłoczone już przez emigrantów – objaśnia Marcin.

Stolica Szkocji
go urzekła


Wyjechał do stolicy Szkocji – Edynburga. - Miasto mnie urzekło. Pomyślałem, że fajnie byłoby tu pracować i żyć. Tak normalnie, bezstresowo – wyznaje nasz rozmówca. Stolica Szkocji jest podzielona na Stare i Nowe Miasto. Pomiędzy nimi znajdują się malownicze Princes Street Gardens, które ciągną się wzdłuż ulicy o tej samej nazwie. Starą i nową część stolicy łączy sztuczne, usypane przez Szkotów wzgórze. Kiedyś było tu jezioro. Na południe od pasa ogrodów również znajduje się wzgórze, a na nim zamek, który powstał w XVI wieku. Za budowlą natomiast jest Royal Mile – ciąg ulic na starówce. Prowadzą one do wzgórza Holyrod. - Malowniczy, zielony masyw, przepięknie prezentuje się z dołu miasta, zwłaszcza skąpany w słońcu, ale jeszcze ładniejszy jest widok z jego szczytu, na którego zdobycie trzeba poświęcić kilka godzin. To miasto mnie urzekło! - zachwyca się Marcin. Jak się okazuje, zachwycające są nie tylko miejskie krajobrazy. Bardzo pozytywne wrażenie sprawiają też sami Szkoci. - Kiedy tu przyleciałem, zauważyłem, że oni są „nieznośnie” mili. W tej kwestii możemy się od nich sporo nauczyć – mówi mieszkaniec Edynburga. Taką mentalność daje się zauważyć m.in. w urzędach, na ulicach, wśród policji. - Kiedy idę do urzędu, to od razu widać, że urzędnik jest po to, żeby pomóc mi w załatwieniu danej sprawy. Nie ma takich reakcji, często spotykanych w Polsce, że „nie mam czasu”, albo „w ogóle to ja nie jestem od tych spraw” i tym podobnych – relacjonuje nasz rozmówca. I podkreśla, że na ulicach jest podobnie. Można podejść do kogoś nieznajomego i poprosić o pomoc. Raczej nikt nie odmówi. - Dzięki temu zawsze dasz sobie tu radę. A urzędy są tu dla ludzi, a nie ludzie dla urzędów – objaśnia. I przyznaje, że zupełnie „różowo” nie jest. - Bo teraz w Edynburgu jest tak dużo Polaków, że nie brakuje także tych naszych rodaków, którzy swoim zachowaniem wystawiają Polakom złą opinię. Przez takie zachowania niektórzy miejscowi mają już nas dość, ale mam nadzieję, że nie wrzucą nas wszystkich do „jednego worka”. Wszyscy przyjechaliśmy tu za lepszym życiem, ale nie wszystkim się udaje, dlatego niektórzy dają się ponieść negatywnym emocjom – tłumaczy Marcin.

Inna mentalność

Zupełnie inaczej niż w naszym kraju reagują także policjanci. Bohater naszego artykułu wspomina wydarzenie z początków swojego pobytu w Szkocji. Pewnego dnia bardzo mu się spieszyło i przeszedł przez jezdnię na czerwonym świetle. Będąc już po drugiej stronie ulicy, zobaczył dwóch policjantów. - Pomyślałem, że jak podejdę i od razu przeproszę, to może uda mi się uniknąć mandatu. Tak właśnie zrobiłem. A jeden z policjantów mówi do mnie: „Za co przepraszasz? Czy coś się stało”? A ja na to, że przeszedłem na czerwonym. Zapytali skąd jestem. Kiedy się dowiedzieli, że z Polski, zapytali ironicznie, czy w naszym kraju policja karze za takie rzeczy – relacjonuje Marcin. Kiedy odpowiedział twierdząco, to z szerokim uśmiechem na ustach funkcjonariusze pytali: „Czy policjanci w Polsce nie mają nic lepszego do roboty? Czy nie łapią przestępców i złodziei”? I tłumaczyli, że osoba przechodząca przez przejście „na czerwonym” jest sama odpowiedzialna za swoje bezpieczeństwo. Inna historia pokazująca zupełnie odmienny sposób myślenia niż w Polsce wydarzyła się banku. Nasz rozmówca chciał po prostu założyć sobie konto. - Przemiła kobieta w banku, zapytała czy życzę sobie herbatę czy kawę, bo założenie konta może trochę potrwać. Pomyślałem wtedy, że mój angielski jest taki kiepski, że pani chyba nie do końca mnie zrozumiała. Bo przecież nie jestem żadnym biznesowym rekinem, tylko zwykłym „szaraczkiem”, który chce założyć zwykłe, darmowe konto. Po dopełnieniu formalności i wypiciu kawy, kiedy wyszedłem z banku, pomyślałem: Czemu tu się tak da, a w Polsce nie? Czy nie można traktować się normalnie także w naszyj ojczyźnie? – opowiada Marcin.

Dobre chęci
to podstawa


Potem bohater naszego artykułu zaczął szukać pracy. Jednocześnie coraz lepiej opanowywał język angielski. Jak mówi, ofert pracy jest całe mnóstwo, wystarczą tylko dobre chęci, i właśnie znajomość języka. W Szkocji pracował już w różnych miejscach. Ciężką pracą, za najniższą krajową, było sprzątanie w hotelach. Marcin ma za sobą także zatrudnienie w sieci sklepów M&S, którą generalnie, poza zawsze zajętymi weekendami, miło wspomina oraz „na kuchni”. - Ta ostatnia też była miłą przygodą, ale z racji tego, że... zrobiło się mnie więcej o jakieś 20 kg, postanowiłem poszukać czegoś innego – wspomina. Dodaje, że pracę w Szkocji zmieniał często. Bo w tym kraju utrata zatrudnienia nie jest podobno tak „strasznym” przeżyciem jak w Polsce. - Nie myślisz, „o matko, straciłem pracę, co dalej?”. Ale od razu odpowiadasz: „Nic. Znajdziesz inną, może nawet lepiej płatną”. Grunt to nie myśleć „po polsku” - mówi Marcin. I dodaje, że zatrudnienie na Wyspach można znaleźć, jeśli się tylko chce. Choć dla leniuchów nie ma jej także i tutaj. Obecnie Marcin pracuje w University of Edinburgh gdzie jest portierem.

Polski słychać
niemal wszędzie


Polakom na Wyspach, zarówno w Anglii, jak i w Szkocji jest z całą pewnością teraz znacznie raźniej. - Na początku mojego pobytu tutaj nie można było spotkać na ulicy nikogo, kto mówił by po polsku, żadnego Polaka. Dziś, po 11 latach język ojczysty słychać praktycznie wszędzie. Jest bardzo prawdopodobne, że po wejściu do pierwszego lepszego sklepu, choć obsługa przywita cię po angielsku, będzie to ktoś z Polski. Ba, nawet „tutejsi” uczą się polskiego. Moje zaskoczenie było duże, gdy wchodząc do sklepu usłyszałem „dzień dobry”, a płacąc przy kasie za zakupy usłyszałem: „potrzebować reklamówka”? - wspomina nasz rozmówca. Okazuje się, że Polacy są w Szkocji nie tylko bardzo dużą grupą ludzi, ale także liczącą się jak rdzenni mieszkańcy. Sprzedający polskie produkty spożywcze w wielu przypadkach chcą uczyć się języka polskiego, po to, aby pokazać, że klient powinien czuć się jak najlepiej – jak u siebie. Wtedy może przyprowadzi do tego konkretnego sklepu także swoich znajomych... Minusem życia w Szkocji jest pogoda. Takie powiedzenia jak „szkocka pogoda” czy „pogoda w kratkę” nabrały dla Marcina nowego znaczenia. - Jest nawet taki żart. Gdy ktoś zaczyna narzekać na to, że cały tydzień pada, wtedy zazwyczaj tutejsi mówią: „Nie przesadzasz z tym narzekaniem? Przecież tu pada tylko 300 dni w roku” - śmieje się nasz rozmówca. I dodaje, że żartujący w ten sposób, zbyt mocno się z prawdą nie rozmijają.

Tęsknota
„tymczasowa”


Marcin przyznaje, że tęskni za krajem i za rodziną, ale za tutejszymi urzędami i panującą w nich mentalnością jest to, jak mówi, tylko tęsknota „tymczasowa”. - We wrześniu spędzę w Polsce 2 tygodnie. Odwiedzę niektóre urzędy i sklepy. Niestety w większości przypadków, ludzie tam pracujący wyglądają jakby siedzieli tam za karę, a nie za pieniądze, które zarabiają. Poza tym mają miny, które mówią: „mam już dość, czego tu?”. - Myślę, że przyzwyczaiłem się już do życia w Szkocji i wegetacja za najniższą krajową w Polsce już by mnie nie satysfakcjonowała. A taka wegetacja czeka każdego, kto nie ma skończonych dobrych studiów i znajomości. Chyba, że ktoś ma tak zwany porządny fach w ręku, wtedy praca po 12 godzin dziennie wystarcza, żeby jako tako żyć – uważa Marcin. I zaznacza, że wyjechał za granicę, bo nie chciał takiej właśnie wegetacji. Chciał normalnej pracy i wynagrodzenia, którego wystarczy na opłaty, jedzenie, odzież i „pewne drobne przyjemności”. - Chciałem zmienić coś w swoim życiu i to tutaj się udało. Pomimo szkockiej pogody – podsumowuje.







Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB